_

sobota, 12 maja 2012

Sturmwind - test wersji preview


Witajcie! Zdążyłem ograć otrzymaną w poniedziałek wersję preview gry Sturmwind. Każdy level pokonałem po kilka razy, chcąc nasycić się w pełni tą cudowną pozycją. Fakt jest taki, że powrócę do niej jeszcze kilka razy - jestem tego pewien. Tylko dzisiaj poświęciłem Sturmwindowi dwie godziny, aby upewnić się, że gra zasługuje na jedną z najwyższych not. 
 
Paczka z południowych Niemiec dociera do mnie na początku tego tygodnia. Szybko jem obiad, siadam na fotelu i odpalam konsolę, by jako jedna z kilku osób w Europie zagrać w najbardziej oczekiwaną produkcję na Dreamcasta ostatnich pięciu lat.

Najpierw krótki film wprowadzający. Po jego obejrzeniu mym oczom ukazuje się proste i bardzo czytelne menu główne z wizerunkiem potężnego gada. Sam stwór nie występował jak dotąd w materiałach reklamowych gry, więc jestem zaskoczony. Czyżby to zapowiedź jakiegoś niemiłego bossa, który pojawi się w późniejszych etapach gry? Tego nie wiem. Wiem za to, jakie opcje można wybrać z menu. Start game to oczywiście rozpoczęcie zabawy; High Score - lista najlepszych wyników. Options zaś pozwala na zmianę podstawowych ustawień gry, a dzięki zakładce Bonuses mogę ujrzeć wszystkie dodatki, jakie przewidzieli autorzy. Momentalnie wybieram opcję Start game, aby rozpocząć zabawę. Serce zaczyna bić szybciej, a dłonie trzymające pada pocą się. Ładowanie pierwszego poziomu wydaje się nie mieć końca. Czy Sturmwind naprawdę jest tak zajebisty, na jakiego kreowały go media? Wygląda równie pięknie, co na zdjęciach i trailerach?

Loading trwa kilka sekund. Po chwili widzę, że pytania postawione przed momentem były bezpodstawne. Wszelakie obawy zostały normalnie w świecie rozwiane - gra przy pierwszym kontakcie olśniewa. Graficznie kosi komercyjne strzelaniny, jednak szerzej o tym elemencie wspomnę w późniejszej części tekstu. Na tę chwilę wystarczy, że Sturmwind jest bezkonkurencyjny, jeśli chodzi o wybuchy, wszelkie efekty specjalne i modele przeciwników. O bossach pisał teraz nie będę, gdyż ta kwestia zasługuje na minimum jeden, oddzielny akapit.

Szybkie sprawdzenie sterowania daje mi pobieżne informacje o mechanice zabawy i dostępnym arsenale, jakże ważnym w grze tego typu. To scrollowany shooter, więc zadanie polega na niszczeniu wszystkiego, co się rusza i co jest ewidentnie wrogo nastawione do Gracza. A jest czym siać pożogę, oj jest! Broń nazwana Nordwest pozwala strzelać zarówno na boki, jak i do góry. Charakteryzuje się czerwonymi strzałami. Lichtblitz strzela nietypowym 'płomieniem' - ten najpierw jest szeroki, by przejść w wąski pasek niebieskiego koloru, skutecznie usuwając przeciwników z drogi. Koniecznie muszę wspomnieć o Rudel - mojej ulubionej, typowej zresztą dla gatunku, broni. A wygląda tak:


Arsenał zmienia się po naciśnięciu R. Każdą z broni można upgrade'ować, co oczywiście przekłada się na siłę wystrzałów. Oprócz wyżej wymienionych, mam jeszcze do dyspozycji jedną giwerę - Beam. Standardowo znajduje się ona pod iXem na padzie. Beam to nic innego, jak w pełni ładowalna wiązka energetyczna. Jest to całkiem potężna broń, jednak należy wiedzieć, jak się z nią obchodzić. Nieodpowiednie jej używanie grozi przegrzaniem się całego statku i w konsekwencji utratą życia. Z 'supermocy', tym razem pod przyciskiem B, mam także nalot bombowy (bardzo skuteczny).

W otrzymanej wersji zagrać mogę w dziewięć pierwszych etapów. Każdy jeden jest bardzo osobliwy - nie uświadczyłem dwóch podobnych. Etapy zaskakują swoją oryginalnością. Robią wrażenie także (a może przede wszystkim) wizualnie. Dopracowane do najmniejszych szczegółów tła powodują opad szczęki. Do dzisiaj jej szukam, pewnie leży gdzieś pod łóżkiem. Zapewniam - nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego! Już pierwszy etap pokazuje, że graficznie Sturmwind nie ma sobie równych na Dreamcaście. Lecące w oddali asteroidy, oślepiające słońce oraz obecne na orbicie stacje kosmiczne u niejednego Gracza spowodują niesamowitą radość. Czy to jeszcze Dreamcast? Grafika w grze przebija wszystko, co widzieliście. Ikaruga, Under Defeat, Border Down... Najładniejsze dotąd komercyjne pozycje z gatunku leżą i kwiczą. Zostały pobite przez grę homebrew! Grę, która została stworzona przez dwie osoby. Dwóch amatorów, którzy wcześniej wycisnęli wszystko z klasycznego handhelda Atari Lynx, teraz do granic możliwości pastwią się nad procesorami Dreamcasta. Wychodzi im to nadzwyczaj dobrze - co więcej, wszystko śmiga w stałych, sześćdziesięciu klatkach na sekundę. Nie zauważyłem, aby kiedykolwiek animacja zwolniła, choćby na ułamek sekundy. 

Różnorodnością wykazują się również przeciwnicy. Od tych najmniejszych, do iście gargantuicznych rozmiarów stworów. Na każdym, podkreślam - każdym poziomie są inni wrogowie. Szok powodują zwłaszcza wściekłe kosmiczne węże. Pomijając fakt, że graficznie są mistrzostwem świata, muszę napisać, iż ich design jest genialny. Owszem, widziałem już podobne stworzenia w konkurencyjnych produktach, ale nigdy czegoś takiego! Wręcz płoną, a żar z ich tułowi pali gałki oczne. Ci 'więksi' robią nie mniejsze wrażenie. Widziane na screenach zębiaste paszcze na stałe zakotwiczone w ziemi są jeszcze piękniejsze w ruchu - i jak się okazuje, równie niebezpieczne. Lepiej uważać na wystające robale!

Na początku tekstu obiecałem wspomnieć o bossach. I tak, szefowie broniący wejścia do kolejnych etapów są... nie do opisania. To zwyczajnie trzeba zobaczyć! W pamięć zapada modliszka, która jednym cięciem może wysłać Gracza do piachu. Bodaj najtrudniejszy z bossów sprawia, że długo nie zapomnę tej gry. Na drodze staje też przerośnięta dawno granice możliwości stonoga, pełno robotów, mechanicznych zabójców... A ośmiornica z levelu 4.1 (ostatniego, jaki dane mi było ujrzeć) to cud nad Wisłą. Okazuje się, że to nie Gracz ją unicestwia. Przestraszyłem się, nie wiem jak reszta osób, mających przyjemność zapoznać się z wersją RC 7 Sturmwinda. Ekipa Duranik pokazuje wszystkim, jak mają wyglądać spotkania z bossami.



Za muzykę odpowiada utalentowany chłopak o nicku 505. Reprezentuje ona gatunek chiptune. Pasuje do Sturmwinda bardzo dobrze. Niektóre kawałki są naprawdę świetne! Szczególnie podoba mi się utwór z walki z bossem w planszy 4.1.  Przypomniał mi... Prodigy! Tak, tak, dostrzegłem tam podobieństwo do tej zacnej kapeli.

Nadszedł czas, abym wspomniał o innych rzeczach, które w produkcji Duranik bardzo mi się podobają, a o których dotychczas nie wspomniałem. Przede wszystkim należy napisać o wsparciu czytnika kart pamięci. Gdy tylko w wejście z tyłu konsoli wpięty jest adapter, gra natychmiast go rozpoznaje. Co zyskuje osoba, mająca w swojej kolekcji niniejsze urządzenie oraz grę? Możliwość wykonywania screenów (zapisywane są one w postaci plików BMP w oddzielnym folderze) i zapis zmagań Gracza na każdej z plansz (replay'e!). Czy w przyszłości posiadacze czytnika będą mogli cieszyć się nowymi planszami, tudzież opcjami? Niewykluczone. Tym bardziej, że w sekcji Bonus widać kilka plansz, które zostały ukończone, aczkolwiek ograniczony czas nie pozwolił twórcom wrzucić ich do końcowego produktu. 


Co mogę napisać na koniec? Że do czynienia mamy z jedną z najlepszych gier na Dreamcasta wszech czasów? Że przyciąga na długie godziny, nie pozwalając oderwać się od konsoli? Że to najładniejsza strzelanina, jaką widziałem na 128-bitowych konsolach stacjonarnych? Nie, to byłoby zbyt klasyczne w odniesieniu do tego killera. Po prostu - zamawiajcie Sturmwinda, jest warty każdej Waszej złotówki. A premiera już wkrótce!  [Tomasz "Tomcio" Nolberczak]

PS: Zdjęcia pochodzą z serwisu Dreamcast-news.

8 komentarzy:

  1. Kiedy do pobrania w Iso?

    OdpowiedzUsuń
  2. Tej gry najprawdopodobniej nie będzie można nigdzie zassać. Jeżeli będziesz chciał w nią zagrać - kup ją, wchodząc na tę stronę:

    http://www.redspotgames.com/shop/index.php?act=viewProd&productId=19

    Wychodzi około 160 złotych. Dużo? Mało? Będąc prawdziwym fanem ostatniej platformy Segi oraz chcąc oddać szacunek firmie Duranik, która po jedenastu latach od zaprzestania produkcji konsoli Dreamcast stworzyła jedną z najlepszych na nią gier - po prostu musisz ją mieć w swojej kolekcji w oryginale. W końcu produkcja takiego kalibru nie zdarza się często, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  3. Mogłeś wspomnieć że gra pierwotnie była robiona na konsolę Atari Jaguar pod nazwą NATIVE...

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętaj, że to wersja preview. W recenzji napiszę ciut o samej genezie, która jest dość intrygująca. Ale dzięki wielkie za wsparcie ! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam szkoda że nie będzie do pobrania , choć coś nie wierze żeby zaniedługo ktoś nie ripnął i wstawił heh mam nadzieje ;)

    OdpowiedzUsuń